Gdy nie było plug and play i USB, czyli wspomnienia dziadka

Krótka historia plug and play, wspomnienia jego trudnych początków oraz trudnych początków przygody z informatyką nowych użytkowników komputerów około 20 lat temu.

Wypiąłem z USB dysk zewnętrzny, wypiąłem myszkę, podłączyłem ją do przedłużacza USB, odpiąłem komórkę, podłączyłem drugą klawiaturę. Wtedy przypomniało mi się (zapomniałem o tych wiekach ciemnych!), że kiedyś nie było plug and play – jakże oczywistej dziś funkcji odpięcia czy podpięcia urządzenia do komputera bez konieczności jego ponownego rozruchu! Po pojawieniu się tego udogodnienia była to cudowna funkcja, spotykana w najlepszym sprzęcie. Wcześniej było to serwerowe rozwiązanie, np. dyski hotswapowe SCSI (ależ to enigmatycznie dziś brzmi!), które można było wymienić bez zatrzymywania serwera. I oto duch serwerów dotarł do nas, maluczkich użytkowników!

Problemy z USB?

Problemy z USB?

Na początku niewiele sprzętu obsługiwało to tajemnicze „plagenplej„. Funkcja stawała się coraz popularniejsza, były wymyślane różne rozwiązania, jak np. SwissKnife Microteka, który wymagał podłączenia skanera (pod port LPT, który było trzeba wpierw przestawić w tryb EPP w ustawieniach BIOS!), uruchomienia specjalnego programu, który przy pewnej dozie szczęścia pozwalał nam skorzystać ze skanera bez potrzeby restartu komputera. Z powodu losowości działania plug and play funkcja ta była zwana plug-and-pray, czyli „podłącz i módl się”. Dodatkowo nie było możliwości, żeby urządzenie zadziałało za pierwszym razem bez instalacji sterowników, jak to ma miejsce teraz. W późniejszym okresie coraz więcej urządzeń przyjmowało standard USB – przestało robić to już wrażenie. No dobrze, przyznam się. Ciągle mnie dziwią takie rzeczy jak mikrofalówka, kot czy nawet… piła mechaniczna na USB.

Nie wyobrażam sobie dziś życia bez plug and play. No bo jak bym przenosił pliki na pendrive? Nie są to aż tak odległe czasy. Windows 98 nie wspierał łatwego podłączania pendrive, obsługa urządzeń USB była wyjątkowo słaba. Istniał dodatek pozwalający podłączać pamięć zewnętrzną, ale wpasowywało się to w nazwę plug and pray. Stało się to dostępne dla domowego użytkownika dopiero od czasów Windowsa 2000. Sam system nie był bardzo popularny, więc można liczyć to od Windowsa XP, czyli od roku 2001. Jakby się młodociani użytkownicy Linuksa oburzali, że w ich systemie było to już na początku ery (Unixa, a jakże!), to pragnę poinformować, że wtedy oprócz osób, które potykały się o własną brodę i swe rozciągnięte swetry, nikt nie korzystał z tego systemu do zastosowań domowych.

Może bez MSCDEX będzie lepiej!

Może bez MSCDEX będzie lepiej!

„Udomowienie” komputerów to z pewnością dobry kierunek, jednak czuję sentyment do elitarności wiedzy we wcześniejszych latach. Znalazłem niedawno słownik komputerowy z serii „dla opornych”. Charakterystyczne, żółte książki dla nowicjuszy znane od wielu lat. Czytając hasła przypomniałem sobie, że niegdyś do zwyczajnej obsługi komputera trzeba było wiedzieć m.in. co to pamięć konwencjonalna, jak włączyć UMB przez emm386.exe, pochwalić się można było monitorem SVGA (rozdzielczość 800×600, często 256 kolorów; w rzeczonym słowniku opisane tak: „Patrz na ekran, to duża rozdzielczość, to pełnia barw – tak! – to Super VGA!„), a jak ktoś mówił o „powrocie karetki„, to nie znaczyło, że babcia się jednak lepiej poczuła, a tylko kursor przeskoczył do następnej linijki. Cały zestaw technicznego żargonu, poleceń, architektury komputerów. Trzeba było być specjalistą, żeby zwyczajnie skorzystać z komputera. Starsi użytkownicy komputerów pewnie myślą, że to ja miałem łatwo – nie to co oni! Osoby żyjące przez kilkadziesiąt lat bez komputera, są w stanie się nauczyć jego obsługi w niedługim czasie. Jest coraz łatwiej. Jeszcze tylko podłączyć golarkę na USB, przejrzeć się w monitorze z kamerką (na USB!), zamiast w lusterku i można wychodzić!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *