Czas trwania praw autorskich – Giger, Korczak, Tolkien, św. Faustyna i Disney

Wraz ze śmiercią H.G. Gigera nie skończyła się ochrona jego dzieł. Przedstawiam przykłady okrutności spowodowanych przez długi czas praw autorskich po śmierci autora na przykładzie Korczaka, Tolkiena, św. Faustyny i Disneya.

Artykuł opublikowany na licencji CC-BY 4.0. Daje to prawa mi, ale też Wam – żeby używać tej pracy, przetwarzać ją czy sprzedawać. Wszystkie zdjęcia są domeną publiczną.

Wiecie o tym, że będziemy mogli korzystać z prac H.R. Gigera dopiero 1 stycznia 2085 roku? O ile prawo się nie zmieni, a zmieniało się i może znów tak być. Prawo, które jest stosowane w wielu miejscach jak Polska, USA, Wielka Brytania i w całej Unii Europejskiej, mówi o tym, że prawa autorskie wygasają 1 stycznia w następnym roku po 70 latach od śmierci autora. H.R. Giger zmarł 12 maja 2014. Dodając do tego 70 lat, następny rok to 2085. Skoro więc nie możemy ich używać, to czemu tyle jego prac jest w Internecie? Ludzie używają jego prac, oczywiście, ale mogą zostać pozwani i będą musieli płacić odszkodowanie. Jeśli chcesz wydać album muzyczny, który bez pozwolenia na okładce ma pracę Gigera, najprawdopodobniej zapłacisz odszkodowanie – to prawo spadkobierców. Wygląda na rzecz w porządku – to jego praca, więc nie możesz tego użyć. Pieniądze z praw autorskich przez 70 lat mają podobno pomagać spadkobiercom. Nie jest to jednak zawsze rodzina, a wraz z czasem, który minął od śmierci autora, zwiększa się prawdopodobieństwo, że rodzina już nie ma do tego praw. Często te prawa ma wydawca, ale nawet jeśli pieniądze by szły tylko do rodziny, to jest to moim zdaniem zbyt długo.

Jeśli ciągle myślisz, że to jest w porządku, przedstawię cztery przypadki – J.R.R. Tolkiena, Janusza Korczaka, świętej Faustyny i Disneya.

Przypadek Janusza Korczaka

Wiedza, która mogłaby uczynić świat lepszym

Janusz KorczakJanusz Korczak, jak mówi Wikipedia, był „polsko-żydowskim lekarzem, pedagogiem, pisarzem, publicystą, działaczem społecznym„. Zmarł w 1942 roku, więc prawa autorskie powinny wygasnąć w 2013 roku. Ale nie wygasły. Jego spadkobiercą jest przedsiębiorstwo – wydawca. Korczak jest warty dużo kasy. Tak, tu nie chodzi o jego nauki, książki – on jest tylko workiem pieniędzy dla wydawcy. Pozwólcie, że powiem Wam pokrótce o tej ciekawej osobie, która wciąż inspiruje wielu rodziców czy pedagogów. Prowadził sierociniec, pisał książki o dzieciach i dla dzieci. Nie miał swoich biologicznych dzieci, bo swoje życie poświęcił swoim dzieciakom – sierotom. W czasie drugiej wojny światowej stanął przed życiowym wyborem – zostawić dzieci same lub iść z nimi. Wiedział gdzie idzie i tam też się udał – do komory gazowej w nazistowskim obozie. Ale nie tylko ta poruszająca historia uczyniła go sławnym człowiekiem, o którym uczą się młodzi pedagodzy i nauczyciele. Jednym z jego pomysłów było traktowanie dzieci jak dorosłych, tj. jeśli dziecko wypowiada się na jakiś temat, powinno być to brane pod uwagę, a nie zignorowane jako „gadanie dziecka”. Uczył o tym 100 lat temu, a jak sami widzicie, do teraz to bardzo nowoczesna idea. Dlatego jest warty tyle forsy.

Po drugiej wojnie światowej polskie sądy musiały ustalić datę śmierci wielu osób. Robiły to z automatu i nikt się nie przejmował, żeby data była rzeczywista. Jego oficjalna data śmierci została ustalona na 9 maja 1946, a to znaczy, że prawa autorskie wygasną w 2017 roku. Czy ktoś próbował coś z tym zrobić? Pewnie, ale wydawca walczył dzielnie w sprawach sądowych, w wyniku czego ciągle zarabiają na Korczaku. Wydawca obiecał, że udostępni stopniowo wszystkie jego książki do pobrania za darmo. Dla niektórych było to wygraną. Niestety to ciągle źle, bo czytanie jego prac jest tak samo ważne jak ich przetwarzanie. Jeśli chciałbyś wydać książkę z jego pomysłami, np. wybrać najlepsze i skomentować – niestety, nie możesz tego zrobić. Jest to objęte prawami autorskimi, musisz za to zapłacić.

Denerwuje mnie, że przez chęć zarobku wydawcy, idee Korczaka są mniej dostępne i mniej popularne. Korczak zdobywał swoją wiedzę przez praktykę i dzielił się nią, żeby pomagać innym – po jego śmierci pieniądze zarobione na nim nie pomogły sierotom, a wydawcy. Trudno jest wyrazić słowami co myślę na temat tego, ale to na pewno nie jest świat, który mi się podoba.

 

Przypadek świętej Faustyny

Prawa autorskie 113 lat po śmierci

św. FaustynaŚwięta Faustyna (Maria Faustyna Kowalska) była polską zakonnicą – mistyczką, którą nawiedzały wizje. W pamiętniku spisywała między innymi rzeczone wizje – jest to ważny dokument dla katolików. Pisała go aż do swojej śmierci w… 1938. Został on opublikowany pod nazwą „Dzienniczek”. Ponownie – powinno być to domeną publiczną w roku 2009. Więc czemu nie jest? Jej zakon – Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia – rości sobie prawa do jej zapisków. Upraszczając twierdzą, że siostra zakonna pracowała dla nich, więc to do nich należą prawa autorskie i będą je mieli do 2051 roku. I znów – można sobie to pobrać, ale nie można wykorzystać.

Niektórzy prawnicy (jak Piotr Waglewski) twierdzą, że słowa przedstawicieli zakonu są wątpliwe, ale najważniejsze jest to, że wydawca jest tym, kto zgarnia pieniądze a wraz z tym nasza wiedza jest uboższa.

 

Przypadek J.R.R. Tolkiena

Czemu nie zobaczymy Silmarilliona w kinach

J.R.R. TolkienJohn Ronald Reuel Tolkien, autor książek jak Władca Pierścieni, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Silmarillion i wielu innych. Umarł w 1973 roku i w jego przypadku właścicielem praw autorskich jest Tolkien Estate, czyli w części jego rodzinę. J.R.R. Tolkien sprzedał swoje prawa do adaptacji filmowych jego wydanych książek. Wiedział co robi i z powodu tego działania możemy oglądać filmy na podstawie jego książek, w tym znane adaptacje Petera Jacksona – Władca Pierścieni i Hobbit.

Pierwszym problemem jest to, że jego synowi – Christopher Tolkien – nie podobają się te filmy. Cóż, ma takie prawo. Drugim problemem jest to, że Silmarillion nie został wydany przed śmiercią jego ojca, co oznacza, że prawa do adaptacji filmowych nie zostały sprzedane. Fani J.R.R. Tolkiena piszą listy do reżysera – Petera Jacksona – ale poza proszeniem Christophera nie może wiele zrobić. Christopher z kolei jest pewien, że nie chce więcej filmów Jacksona, a może nawet i w ogóle innych filmów.

Tym razem to rodzina jest problemem. Zarabiają na książkach, które napisał John Ronald Reuel Tolkien, ale prawo nie stanowi, że muszą sprzedawać prawa autorskie. Tolkien Estate mają swój wybór i wybrali zabronienie widzom oglądania kolejnych filmów Jacksona. Może J.R.R. Tolkien też by ich nie lubił, ale nie wiemy tego. A nawet jakby nie polubił, to może by nie miał nic przeciwko nagrywaniu kolejnych adaptacji. Teraz to już nie ma znaczenia, bo to już nie jest decyzją autora, tylko kogoś innego. Można by to nazwać „ochroną jego książek„, ale to ochrona myślenia, że każdy ma taki sam gust jak spadkobiercy.

 

Przypadek Disneya i Myszki Miki

Jeśli nie podoba ci się prawo i masz pieniądze, to zmień je

Walt DisneyDisney lobbował za przyjęciem Copyright Term Extension Act w Stanach Zjednoczonych – ustawie znanej potocznie jako „Ustawa o ochronie Myszki Miki”. Podobne ustawy zostały przyjęte w innych częściach świata, jak w Unii Europejskiej. Firmie Disney zależało na przedłużeniu praw autorskich, ponieważ w innym przypadku wygasłyby prawa autorskie do Myszki Miki. Mieli powód by walczyć i wygrali. Mogli zrezygnować z gadżetów z Myszką Miki, używania jej jako maskotki lub… Mogli zmienić prawo tam, gdzie im się to podoba! I tak zrobili. Naprawdę to zrobili. Może w tym przypadku Walt Disney byłby dumny, ale co z nami? Czy możemy zmienić prawo, jak nam się nie podoba? No nie. Czy odnosimy złe skutki zmiany prawa? Tak – mamy mniej (otwartej) sztuki i wiedzy, z której byśmy mogli sobie wybierać.

 

Zakończenie

Mogę zrozumieć prawa autorskie trwające wciąż 10-15 lat po śmierci autora. Ale 70? To zbyt długo, a dla niektórych wciąż za mało. W pierwszym przypadku cierpi wiedza z powodu tego czasu, a nawet po tych 70 latach wciąż wydawca znajduje sposoby, żeby zarabiać na nim. Drugi przypadek był podobny, tylko w tym przypadku religijne doświadczenia nie mogą być dostępne dla każdego, bo zakon (i przy okazji wydawca) myśli, że dobrze jest trzymać takie rzeczy za murem finansowym. Trzeci przypadek pokazuje, że nawet jesli zarabia na tym rodzina, to nie zawsze jest to takie dobre, jak by się mogło wydawać. A czwarty przypadek… Cóż, on wszystko wyjaśnia.

Tu nie chodzi o jakąś pomoc rodzinie czy ochronę dzieł. Tu chodzi o odebranie dzieł zmarłym osobom, które nie mogą już decydować. Jestem przeciwko temu, bo chciałbym żyć w świecie, gdzie jest więcej cennej wiedzy i sztuki. Świecie, w którym to ja wybieram co przypadnie mi do gustu. W świecie bez przerażających walk o rzeczy po zmarłych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *