Prawa autorskie w przyszłości Chopina

Opowieść science-fiction o Fryderyku Chopinie, który zostaje wybudzony i zmaga się z czymś nowym dla niego – prawami autorskimi i przemysłem muzycznym. To dla niego (i pewnie dla nas!) absurd, ale popatrzmy prawdzie w oczy – tak to dziś wygląda.

Wersja angielska pracy bierze udział w konkursie Future of Copyright: http://www.indiegogo.com/projects/future-of-copyright-contest-2-0

Autor: Krzysztof Blachnicki – tekst i remiks grafiki

Licencja: praca udostępniona na licencji CC BY-SA 3.0.

Angielska wersja: Copyrights in Chopin’s future

Pierwsze życie i przebudzenie

Nie chcę tu opisywać mojego pierwszego życia. Zerwałem z nim, rozpocząłem nowe. Umarłem w Paryżu 1849. Zdawało mi się, że nigdy nie ujrzę tego świata ponownie. Nie wiedziałem jak bardzo się myliłem.

Z okazji roku 2015 został zorganizowany plebiscyt wśród krajów świata. Każdy obywatel odpowiadał na pytanie który rodak ma zostać obudzony. Można było obudzić tylko jedną osobę, jako że jest to bardzo droga operacja – nie można jej zrobić ot tak. Wybrana została Maria Skłodowska-Curie. Ja zająłem drugie, bolesne miejsce. Jednakże traf chciał, że we Francji dwa pierwsze miejsca zajęły te same osoby. Rozpoczął się konflikt dyplomatyczny mający na celu rozwiązanie kwestii narodowości. A niech ich gruźlica pożre!

Koniec końców Francja i Polska porozumiały się, że wspólnie zapłacą za obudzenie nas. Maria cieszyła się bardzo, jednakże widząc jak wykorzystywany jest atom, krzyknęła tylko „la merde, wracam spać, aż się nauczycie pokoju!”. Ja postanowiłem pozostać.

Prawa autorskie i pierwszy kontrakt

Jak wyjaśniono mi później, powstało coś jak prawa autorskie. Znaczy to tyle, że tylko ja mogę zarabiać na swojej muzyce. Przynajmniej tak mi się wydawało. Byłem zdziwiony gdy podeszli do mnie panowie w odświętnych frakach i powiedzieli, że te „prawa autorskie” wygasają po 70 latach od śmierci autora, więc każdy mógł za darmo korzystać z mojej muzyki. Ki diabeł? Za moich czasów każdy mógł sobie zagrać mój utwór, wszak o krzewienie ducha narodu chodziło! Powiedzieli też, że skoro żyję ponownie to prawa autorskie należą znów do mnie, ale oni są profesjonalistami i lepiej się nimi zajmą. Za to ja będę opływał w bogactwie i będę mógł tworzyć jak dawniej. To tak jak wcześniej, tylko dodatkowo będę miał flotę (hehe, nauczyłem się, fajne słowo!) żeby obudzić George Sand! Podpisałem coś, jakieś dziwne zdania, egzotyczny język. Okazało się, że mam dla nich nagrać 4 płyty. Jedna płyta miała mieć około 45 minut.

Pierwsza płyta

Pierwszy album Chopina - Bubblegum Requiem
Pierwszy album Chopina – Bubblegum Requiem
Oryginał: P. Schick, 1873 (domena publiczna)
Remiks: Krzysztof Blachnicki, 2013 (CC-BY-SA 3.0
)

Moja wytwórnia poprosiła mnie o napisanie czegoś nowego. A co mi tam, nawet instrument mam ze swoich czasów! Siadłem, nagrałem – bite 90 minut kojącej muzyki! Zagrałem to moim pracodawcom. Poprosili mnie, żebym skrócił to do 15 minut. Ale jak?! W końcu udało mi się skrócić moje dzieło do 70 minut. Powiedzieli, że przepchną to jako większy album z okazji powrotu, ale mam się pilnować kolejnym razem. To co, teraz ludzie wolą płacić za mniej muzyki? Kazali mi też ubrać się w niebieskie ubrania, wielki pomarańczowy cylinder i śpiewać jakieś rzeczy po angielsku. Nie wiem nawet co to znaczy, ale powiedzieli, że nic złego. Zaśpiewałem więc rzeczy jak „oh yeah babe, I’m getting hot”, „my music makes your body tremble in a samba rhythm” czy „I won’t cough when I kiss you”. Nie wiem czemu, ale nie powstała jedna płyta tylko 15. Powiedzieli, że 10 to single, 4 to minialbumy i jedna to pełna płyta, więc liczy się jako jedna. Ma dusza artystyczna, nigdy nie pojmę matematyki!

W tydzień po premierze szefowie kupili sobie luksusowe automobile i nową siedzibę – opływali w złocie. Powiedzieli mi, że wygrali na loterii, a moja płyta sprzedaje się słabo. Dostałem 5000 zł. Do obudzenia Sand potrzebowałem miliarda złotych – gdzie to bogactwo? Stwierdzili, że jak chcę pieniądze to muszę grać koncerty i muszę więcej ruszać biodrami oraz mniej kaszleć krwią na publiczność.

Drugi album

Szefowie powiedzieli, że teraz nagrywamy drugą płytę. Już siadłem do fortepianu, gdy usłyszałem, że nie muszę. Jak to?! To co sprzedamy ludziom? Odpowiedzieli, że najlepsze hity. Ucieszyłem się, w końcu z mojej twórczości można wybierać! Okazało się, że pomieszali utwory z pierwszej płyty i dodali piosenki z tych „singli”. W pięć miesięcy po premierze kazali mi zapłacić karę 10000 zł, bo za mało się starałem. Mówili też, że to wina jakichś „piratów”, Za darmo kradną moją muzykę, psubraty! Pewnie rumem się poją za to!

Trzecia płyta i zerwanie kontaktu

Przy trzeciej płycie rozkazali mi, żebym wrócił do korzeni. Radości moja! Zasiadłem dumnie przed fortepianem, zacząłem grać, jednak przerwały mi ich krzyki. Dali mi gotowe nuty i kazali grać to „coś”. Cóż za potwarz! To koło muzyki nie leżało! W ten sposób zdecydowałem, że już nie będę dla nich nagrywał. Miałem długi, potrzebowałem szybko innej, lepszej pracy. Po fakcie dowiedziałem się, że muszę im zapłacić milion złotych za zerwanie kontraktu.

Depresja, oddanie bogactwa

Popadłem w depresję. Piraci zrujnowali mi życie i nawet profesjonaliści nie byli w stanie pomóc! Zacząłem grać melodię oddającą mój stan. Grałem jak za dawnych lat. Załadowałem to do Internetu. Za darmo! Chciałem pokazać wstrętnym pogromcom mórz, żeby zobaczyli jak się czuję. Dzień później zadzwonili do mnie z serwisu internetowego, do którego załadowałem swoją muzykę. Zachwyceni bełkotali coś o milionie dolarów. Odrzekłem, że już nic więcej im nie oddam, niech mnie lepiej zakopią. W końcu poprosili spokojniejszego człowieka do telefonu, od którego usłyszałem: „pierwszy dzień i stworzył pan hit! Użytkownicy zapłacili za tę muzykę łącznie milion dolarów!”. Zdziwiłem się. Piraci? Przecież oni kradną! I czemu mi zapłacili? Miły pan wytłumaczył, że twierdzenia o kradnących piratach były tylko oszustwem wytwórni, żeby na mnie zarobić. Tak naprawdę w dzisiejszych czasach można zarobić tworząc dobrą muzykę, a artyści tworzący marne dźwięki oskarżają o niepowodzenie piratów.

Nowe, trzecie życie

Wreszcie mogłem wydawać utwory kiedy chcę, ile chcę, a jeśli nie przyłożyłem się do pracy to zarobiłem mniej. Pewnego dnia zirytowałem się gdy ktoś nagrał moją piosenkę z jakimś waleniem młotkiem z tyłu i krzykami jakby wieprza rodzącego młode. To teraz on będzie zarabiał na mnie? Złość szybko minęła. Jestem Fryderykiem Chopinem, jestem mądrym człowiekiem, więc nie wiem wszystkiego. Spytałem się przyjaciela z serwisu udostępniającego moje pliki (nic im nie płacę, a oni też zarabiają – magia!) co z tym zrobić. Powiedział, żeby nic nie robić, tylko czekać. Czekałem więc. I co? Okazało się, że ten wiejski wieprzomuzykant przyciągnął do mnie kolejnych słuchaczy! Potem ktoś nagrał przeróbkę mojego utworu, zarobił na tym masę pieniędzy. Czy mogę być zły? Zrobił coś lepiej niż ja, więc należało mu się. Za to ja też mogę przerobić utwór miłego człowieka i jeśli spodoba się ludziom bardziej, to ja zarobię.

Mijał czas. Po czterech latach, w których godnie zapracowałem na bogactwo, zebrałem miliard złotych. Zapłaciłem za obudzenie George Sand. Ach, jakże jesteśmy szczęśliwi!

Mam nadzieję, że więcej osób będzie miało własną opinię, a nie będzie słuchało syczenia tych wężów wysysających pieniądze na swoje nowe samochody. Obudźmy się ludzie! Dobry muzyk zarobi oddając swoje prace nawet za darmo. Wtedy biedny będzie mógł posłuchać, a bogaty obficie wynagrodzi. Czyż nie o to chodzi? Każdy korzysta, a tracą wytwórnie, które stają się zbędne. Kłamią więc, by utrzymać się.

Słuchałem dużo nowych koncertów, ale nie rozumiem co tam się dzieje. Nauczyłem się za to nowoczesnych zwrotów dżentelmenów. A więc pozdro ziomki! Jak sami ruszycie łepetyną to wykminicie co jest najbardziej elo dla artystów i dla was!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *